Szejk, szejk baby! Dubajski sen o wielkości

Jadąc zaśnieżonymi ulicami na lotnisko w Katowicach, trudno było uwierzyć, że już tylko pięć godzin dzieli nas od zrzucenia ciepłych kurtek i przyodziania t-shirtów. Lot WizzAir do przyjemnych nie należy, zwłaszcza, gdy musisz upchnąć nogi w tą małą szczelinkę między rzędami siedzeń. Ale to i tak niska cena za to, że można oszukać zimę i zamiast morsować przy -4 st C, można zażywać kąpieli w wodzie o temperaturze letniej zupy.
Dubaj, do którego dotarliśmy to jeden z siedmiu emiratów ZEA i wbrew pozorom wcale nie stolica, bo tą jest Abu Dhabi.

Ogrom i przepych tego „państwa-miasta” bije po oczach na każdym kroku – największy budynek na świecie – Burj Khalifa, największe centrum handlowe na świecie Dubai Mall, kryty stok narciarski, jedyny na świecie hotel siedmiogwiazdkowy Burj al Arab i szerokie, siedmiopasmowe drogi wijące się przez całe miasto. Najdroższe samochody, marki odzieżowe i kosmetyczne, i tłumy ludzi z całego świata dla których Dubaj stał się nową ojczyzną.

Lokalni szejkowie są jak wampiry, niewidoczni za dnia za to po zmroku wynurzają się ze swoich pałaców, w ryczących bolidach, by czerpać radość z wydawania pieniędzy. Miasto choć położone na półwyspie Arabskim jest na wskroś mało arabskie. Co bynajmniej nie jest komplementem. Jakoś w tej pogoni za nowoczesnością i wielkością zostało obdarte ze swojej arabskiej tożsamości i na próżno szukać tu wąskich, pachnących przyprawami uliczek.

Sam Standard Chartered Dubai Marathon to też przedsięwzięcie, które musiało również być naznaczone kolejnymi „naj”, bo i największe nagrody finansowe, i największe gwiazdy… i niestety nie wszystko da się kupić. Choć było bardzo blisko, to jednak nie udało się pobić rekordu świata na królewskim dystansie.