Z daleka wyglądało to fantastycznie. Z bliska okazało się, że słynne Morze Martwe to niewiele więcej niż kałuża, wspomnienie wspomnienia, sen o dawnej świetności.

Zapamiętajcie: jeżeli jakieś Biuro Podróży namawiać Was będzie na wczasy nad Morzem Martwym, możecie sprzedawcy wypłacić z liścia. W ciągu ostatnich lat Morze Cuchnące, bo taka jest inna jego nazwa, skurczyło się o kilkadziesiąt procent. Na nasze oko o jakieś 70%. Nawet satelitarne mapy google są drastycznie nieaktualne.

Co w tym złego? To, że aktualna linia brzegowa oddaliła się od tej sprzed kilku lat o dobre 2 kilometry, i nie da się do niej dojść. A to za sprawą niebezpiecznych zapadlisk, grzęzawisk, lotnych solnych łach które mogą zapaść się pod podróżnikiem. W efekcie do brzegu Morza Martwego nie da się dotrzeć. Przejechaliśmy autem 35 km wzdłuż linii brzegowej, i choć na mapach przebiega ona przy samym morzu, to morza praktycznie nie było widać…

Plaż, przynajmniej po stronie Izraelskiej zostało… jedna sztuka, i to też tylko w południowej, oddzielonej już części basenu. Części sztucznie utrzymywanej za pomocą grobli. Do tego stężenie soli jest tak duże na skutek parowania, że ma się wrażenie nie kąpieli ale zanurzenia w jakiejś mazi, ropie naftowej, smarze. Może i ma to właściwości lecznicze, ale podobno picie moczu też jest urynoterapią – turyście wszystko się sprzeda.

Piękna legenda, piękna historia, piękny widok na największą depresję świata, ale nie planujcie tu pobytu dłuższego niż jeden dzień.