Jadąc na zachód Madery (gdzieś przecież trzeba pojechać jak się wynajęło auto, a wszystkie inne kierunki już zwiedzone) dojeżdżamy do Porto Moniz wyzywająco położonego w północno – zachodniej części wyspy. Wyzywająco, gdyż patrząc na mapę Madery wybór celu narzuca się sam. „Jedziemy na drugi koniec wyspy, hura!” tak mniej więcej podpowiada nam mózg. Dziwny ten mózg, że takie rzeczy każe czasem robić nie wiadomo czemu…

W rzeczywistości jedyną rzeczą wartą polecenia w Port Moniz jest… droga do Port Moniz. Raz, że ładna i ciekawa – bez względu na to którą wybierzemy, dwa – coś jest wiecznie urzekającego w amerykańskim stylu podróży do punktu. Albo jedziemy górami, i ostatnie kilometry przed miasteczkiem zjedziemy serpentyną w dół, albo podróżujemy wzdłuż wybrzeża. Obie opcje dostarczają fajnych widoków.

Na zwiedzenie Port Moniz wystarczy nam 30 minut. Jest parking tam gdzie być powinien (płatny), jest kilkusetmetrowe skalne wybrzeże w którym sprytnie zabudowano jakieś 200 metrów chodnika dla turystów, jest malutkie muzeum wielorybnictwa. I to tyle.