Jak każdy zagraniczny, i bardzo daleki maraton, rozgrywany w Gambii Bajana Int.Marathon zaskoczył nas od A do Z.

Nie ma co ukrywać, było ciężko, choć zaczynamy się do tego już przyzwyczajać. Tym razem było płasko (Gambia to podobno najbardziej płaski kraj na świecie – najwyższe wzniesienie ma… 52 metry!), ale skalę trudności tworzyła temperatura (ok 25 stopni na starcie i 40 na mecie) oraz… brak punktów żywnościowych z wodą na trasie.

Trasa była nam nieznana, jako że okazało się iż maraton nie ma swojego biura zawodów – z organizatorem spotkaliśmy się na stacji benzynowej, i dostaliśmy od niego agrafki. Agrafki… i nic więcej, bo zapomniał dla nas numerów startowych. Całe szczęście czekały one na nas na starcie. Bez mapy, bez informacji… przeczuwaliśmy, że może być ciężko z wodą. I rzeczywiście – na trasie był tylko jeden punkt z wodą, a poza nim trzeba było liczyć na to, że uda się złapać auto organizatora, które jeździło po trasie i rozdawało butelki z wodą. Mi ta sztuka udała się 2 razy! Całe szczęście dużo własnej wody mieliśmy ze sobą.

Maraton okazał się imprezą ekstremalnie kameralną – na starcie stanęło około 40 osób, z czego prawie połowa nie ukończyła biegu (ambitni Gambijczycy, którzy zdecydowali się wystartować na tzw. żywioł). Metę osiągnęło… 21 lub 22 osoby, część trochę „podwiezionych” autami, więc był to najmniejszy maraton w jakim braliśmy do tej pory udział. My zajęliśmy 15 i 18 miejsce. Było ciężko, ale przeżyliśmy i Gambia zdobyta!