Niecały rok temu (lipiec 2017) podbijaliśmy Mauritius startując w Mauritius Marathon. To była jedna z wielu przygód życia 🙂

Lipiec to na południowej półkuli zima, więc temperatury nie szalały i Mauritius serwował nam jakieś 25-30 stopni każdego dnia. Jak na bieganie to dużo, ale jak na tę egzotyczną wyspę raczej skromnie. W dniu maratonu pojawił się za to tropikalny monsun, i od rana do południa padało, wiało, jedno wielkie szaleństwo pogodowe, które w pokonaniu 42 km 195 metrów bardziej pomogło niż przeszkodziło. Lepiej biec w deszczu niż w prażącym słońcu, choć wilgotność powietrza sprawiała że i tak bardzo mocno się odwadnialiśmy.

Wyspa Mauritius jest bardzo ciekawa, aczkolwiek trochę zaśmiecona i mimo wszystko brakuje większej liczby atrakcji dla turystów (jeżeli ktoś szuka czegoś ponad plaże i grę w golfa na ekskluzywnych polach golfowych). Mauritius to wciąż Afryka, więc tubylcy żyją raczej skromnie, a luksusowe kurorty dla turystów znajdują się wyłącznie wzdłuż wybrzeża. Koniecznie trzeba więc wystawić nos z 5*-gwiazdkowych hoteli, wynająć samochód i odwiedzić wnętrze (piękne góry) lub wschód wyspy (biedniejszy, tubylczy region), by zasmakować lokalnych klimatów.

Maraton bardzo kameralny, na około sto osób. Można także wystartować w półmaratonie. Niestety trasa dość nieciekawa, cały czas asfalt ale wzdłuż wybrzeża. Na mecie czekał jeden z najbrzydszych medali jakie w życiu zdobyłem 🙁 Tego samego dnia, raptem kilkanaście kilometrów dalej, odbywały się biegi ultra po górach organizowane przez innych organizatorów – dla tych, którzy lubią trudniejsze wyzwania to ciekawa alternatywa.