Vanilla Park to coś w rodzaju ogrodu zoologicznego w centralnej części Wyspy Mauritius. Miejsce dość egzotyczne, i z braku – wbrew pozorom – szczególnie dużej liczby atrakcji turystycznych w tym kraju – warte odwiedzenia.

Na wyróżnienie zasługuje fakt, że nie ma klatek, i większość zwierzyny żyje sobie luzem, więc jest to bardziej „safari pod kontrolą” niż Ogród Zoologiczny. Duże, w tym drapieżne egzemplarze, żyją na kilkusethektarowym ogrodzonym wybiegu, po którym turyści poruszają się specjalnymi autokarami. Różne strusie, zebry i tego typu zwierzaki można podziwiać z bliska (uważajcie, bo strusie potrafią dziobnąć!), ale już np. nosorożce z daaaaaaaleka. I dobrze 🙂

Jest też wydzielony obszar z lwami. Te niebezpieczne zwierzęta można podziwiać zza ogrodzenia, z kilkunastu metrów, ale za ok. 200 złotych można także wejść do ich wybiegu pod nadzorem pracowników z kijami i zrobić sobie tzw. spacer z lwem. Trzeba jednak podpisać specjalne oświadczenie, że w razie ataku nie rości się względem firmy żadnych pretensji, i że ryzyko było na… na własne ryzyko. Nas to ostatecznie zniechęciło, choćby dlatego, że widząc korzystającą z tej atrakcji grupę Francuzów… słabo to wyglądało. Lwy sobie leżą, a Ty podchodzisz na ile Ci odwagi wystarczy, pstrykasz fotkę i w nogi. Wszystko pod okiem tubylców z kijami, którzy niby mają te lwy w razie potrzeby odgonić… Lwy się zdecydowanie nudzą, ale jak znudzi im się nudzenie, to ZOO nie odpowiada za kończyny, które stracisz.

A Żółwie Olbrzymie? Są wspaniałe! I rzeczywiście OLBRZYMIE! Dla dzieciaków niesamowita frajda pogłaskać takiego. Zresztą dla mnie, dorosłego, także. Trzeba tylko uważać, bo choć chodzą wolno, to jak nadepną na nogę, to jakby słoń nadepnął – ważą po kilkaset kilo 🙂