Zastanawialiście się kiedyś jaki rodzaj katastrofy komunikacyjnej niesie ze sobą najwięcej ofiar? Rekordy należą nie do autokarów, nie do samolotów i nie do pociągów. To pasażerskie promy, na których pokładzie można „upchnąć” nawet kilka tysięcy osób, gdy toną ustanawiają te niechlubne rekordy.

Podczas podróży po Gambii zachciało nam się przepłynąć na drugi brzeg rzeki o tej samej nazwie. Już sam załadunek na pokład kilkudziesięcioletniego promu był pięknym widowiskiem, ale to co działo się na środku szerokiej w miejscu przeprawy na 20 kilometrów rzeki zasługuje na film…

Obsłudze nie bardzo chciało się zamknąć furty promu, a może ich podniesienie po prostu nie działało, więc gdy przyszła fala, setki osób zgromadzonych na dolnym pokładzie stało po kostki w wodzie. Co kilka sekund kolejne fale rozbijały się o dziób promu i wdzierały się do jego wnętrza. Publiczność na górnych pokładach miała mega ubaw, ale kilka większych fal pociągnęłoby prom w głębinę rzeki w ciągu kilku minut.

Wracaliśmy nocą. Fale były jeszcze większe. Promem rzucało na boki, tym bardziej, że w drodze powrotnej dolny pokład zawalony był wyładowanymi wszelakim dobrem ciężarówkami. Nie muszę chyba dodawać, że zupełnie nie przywiązanymi do pokładu. W pewnym momencie rozglądaliśmy się już za tratwami ratunkowymi. I znaleźliśmy je… pięknie zabezpieczone łańcuchami i drutem, by nikt ich nie ukradł. Powiało grozą, ale dotarliśmy na brzeg cali i zdrowi.