To słowa przysięgi izraelskich żołnierzy wypowiadane na szczycie twierdzy Masada – jednej z najpotężniejszych i najbardziej niedostępnych twierdz starożytności. Słowa te nawiązują do roku 73 n.e. gdy Masada jako ostatni punkt oporu powstania żydowskiego przeciwko panowaniu Rzymu została zdobyta przez Legiony Flawiusza Silwy.

Aby zdobyć położoną na wznoszącej się na wysokość ponad 400 metrów skale twierdzę Rzymianie, wykorzystując niewolników i jeńców, przez pół roku usypywali groblę, po której wciągnęli na szczyt Hellopolis – wielką wieżę oblężniczą służącą do kruszenia murów. Obrońcy odparli pierwszy szturm, ale w nocy ich wiara w zwycięstwo upadła i wszyscy – blisko tysiąc osób – popełnili samobójstwo.

Masada dzięki ogromnym magazynom oraz wykutym w skale specjalnym cysternom na wodę, mając tylu obrońców była w stanie bronić się przez 5 lat. Na szczycie, na północnej ścianie, znajdował się Pałac Królewski po którym zostały ciekawe ruiny.

Rzymska rampa istnieje do dziś. Wybierając się do Masady możecie podjechać albo od wschodu (od strony Morza Martwego, na które z murów twierdzy jest nieziemski wręcz widok) i wjechać na szczyt bardzo drogą kolejką linową, albo od zachodu i wspiąć się pieszo po wspomnianej rampie. Wschodnia i zachodnia droga nie łączą się, więc pamiętajcie, że albo – albo. Jakieś prace budowlane trwają, więc może za kilka lat będzie można twierdzę obejść dookoła.

Jeżeli będziecie nad Morzem Martwym, twierdza jest z całą pewnością punktem obowiązkowym do zwiedzenia – nawet, jeżeli nie interesują Was militaria.