Pomysł na start w Spitsbergen Marathon podsunął nam nasz przyjaciel podróżnik, zdobywca Bieguna Północnego – Piotrek Suchenia. Maraton odbywa się w Longyearbyen, gdzie można po kilku lotniskowych przesiadkach dotrzeć z Polski w ciągu kilkunastu godzin. I to jest chyba właśnie wyznacznik dzisiejszej wielkości świata, w której podróż liczy się nie tygodniami i miesiącami wyprawy, ale właśnie liczbą przesiadek samolotowych. Miasto odległe o zaledwie 1338 kilometrów od Bieguna Północnego osiągnęliśmy startując z Gdańska o 6:15 i lądując u celu o 13:05

Sam maraton do najtrudniejszych nie należał, choć suma przewyższeń wyniosła 1155 metrów. O wiele bardziej dokuczliwy okazał się silny wiatr, który towarzyszył nam podczas biegu, uporczywie starając się zawrócić nas z kierunku biegu 🙂 Był na tyle silny, że lżej biegło się pod górę z wiatrem, niż z góry pod wiatr… Do tego dochodziła temperatura wahająca się pomiędzy +3 a -3 stopnie. Momentami (podczas biegu z wiatrem) było gorąco, a chwilę później zimno, gdy wbiegało się w cień góry lub pod wiatr. Całe szczęście można było liczyć na punkty z napojami, co ważne – ciepłymi – zorganizowane przez organizatorów. Czerwiec do Spitsbergenowe lato, więc kłopotliwe było także niezachodzące słońce – przez 80 godzin, które spędziliśmy na Svalbardzie, uparcie stało niemal w zenicie, zakreślając tylko koło wokół otaczających nas gór. Rozkojarzenie organizmu spowodowane ciągłym dniem było większe, niż to sobie wyobrażałem. Aczkolwiek – da się z tym żyć.

Choć z naszej „ekipy” w maratonie wystartowały tylko trzy osoby (wspomniany Piotrek, Sławek oraz ja – reszta pobiegła na dystansach towarzyszących jakimi były półmaraton i 10 km) to na starcie okazało się, że Polaków jest bardzo dużo – łącznie sam maraton ukończyło aż 10 rodaków, na łączną liczbę 57 zawodników.

Ciekawostką i specyficznym smaczkiem biegu jest na pewno bezwzględny zakaz schodzenia z trasy i oddalania się. Poza miastem obowiązuje zakaz poruszania się turystów ze względu na zagrożenie jakie niosą niedźwiedzie polarne zamieszkujące wyspy. Zagrożenie wcale nie teoretyczne, bo dla takiego kilkusetkilogramowego misia jesteśmy tylko przekąską, i wypadki konsumpcji wciąż się zdarzają. Dlatego też po całej trasie jeździły quadami uzbrojone w sztucery patrole…