Do Turcji dotarliśmy wykupując najtańszy pobyt hotelowy na wybrzeżu. Ta opcja dała nam możliwość dolotu na miejsce, transferu z/na lotnisko oraz cztery noclegi z wyżywieniem. Turystyczna Alanya to nie miejsce dla nas i jeden dzień pod parasolem wypełnił nasz plażowy limit.

W piątek rano wyruszyliśmy w ponad 600 km podróż do Turcji Środkowej, Aksaray (miasto). Plan był taki, żeby drogę tę przebyć autostopem ale brak czasu zweryfikował nasz plan. Bo przecież najważniejszym punktem naszej wizyty na tej rozgrzanej ziemi był start w Salt Lake Marathon. Ostatecznie wybór padł na transport autobusowy, który w tym rejonie świata (Turcja, Iran) jest zorganizowany perfekcyjnie i jest naszym ulubionym.

Perfekcyjnie nie znaczy, że bez nieporozumień, przesiadek i nerwów! Jeśli z jakiś powodów nie uda Ci się zrealizować swojego planu, nie rezygnuj, podejmij kolejną próbę a na pewno się uda. Tak też zrobiliśmy, powrót nie był obarczony żadnym konkretnym terminem i w końcu mogliśmy zasmakować tureckiego autostopa.

W każdej podróży najtrudniejszy jest pierwszy krok, tak samo dla nas najtrudniejszy okazał się wyjazd z miasta Ürgüp i złapanie pierwszego samochodu.

Lejący się żar z nieba powodował, że minuty wydłużały się w nieskończoność, a nadzieja na pozytywny finał gasła. Nareszcie! Z piskiem opon zatrzymuje się przy nas mody, przystojny Turek, pracownik pralni chemicznej, który swoim busem rozwozi pranie po całym regionie. Wrzucamy plecaki na pachnące świeżością paczki z pościelą, a sami pakujemy się w trójkę do dwuosobowej kabiny.

No problem? – pytam.
$@#$%%©®¥€ – odpowiada przystojniak, odejmując kilka kresek volume ze swojego radia.

Biorę na kolana Kasię, a Michał moszcząc się przepycha mnie na drążek zmiany biegów. Jedziemy!!

Co chwilę z wyciem klaksona podjeżdżamy pod tyłki poprzedzających nas aut, które następnie wymijamy z potokiem szorstkich słów lejących się z ust kierowcy. Potem oko do Kasi i rura!

Duże rondo, tu musimy się rozstać, chociaż chłopak proponuje nam dalszą podróż z nim za dwie godziny, jak rozwiezie pranie…

Wysiadamy. Z plecaka wyciągamy przygotowane wcześniej kartki z nazwami miast Aksaray i Konya. Kartka z napisem Alanya jest jeszcze głęboko schowana, nie będziemy na tym etapie podróży z nią szarżować. Kolejne samochody nad mijają, jedni z żalem rozkładają ręce pokazując brak miejsca, dla innych, tych którzy mają miejsce jesteśmy niewidoczni.

Przejeżdżający złoty sedan jakby się zawahał, ale nie to tylko złudzenie, zjeżdża na lewy pas i odjeżdża. 12:30 w południe. Słońce wtapia nas w asfalt. Sprawdzamy stan wody, jedna duża butelka i trzy małe. Przeżyjemy. Jadące z naprzeciwka auto trąbi na nas… zaraz, zaraz to jest przecież ta złota fura, która mijała nas kilka minut temu!

Nasz nowy kierowca wraca z rodzinnego miasta Ürgüp do Aksaray. Trzy tygodnie temu firma, w której pracuje wysłała go na kurs języka angielskiego i właśnie za trzy godziny ma rozpocząć kolejną lekcję. Uznał, że półtorej godziny jazdy z nami to będzie dla niego świetna lekcja.

Lesson one – who are you? Lesson two – my family. Lesson three – my country…

Za oknami migają nam piękne krajobrazy Kapadocji, a ja z Umitem brniemy dalej w głąb angielskiego elementarza.

Wysiadamy tuż za rogatkami miasta, przy drodze wylotowej na Konya. Humory nam dopisują, wszystko idzie sprawnie i ciągle są szanse, że jeszcze przed północą osiągniemy nasz cel. Upał się nasila, powietrze martwo zawieszone wisi nad spoconym miastem. Przed nami jeszcze pięćset kilometrów.

Osuszamy kilkoma łykami półtoralitrową butelkę z wodą, a nasze wyciągnięte kciuki falują w rytm przejeżdżających samochodów. Białe, białe, białe, czarne, żółte, nie wiem jaki to kolor, granatowe. Tak, granatowe Fiorino wyhamowuje pięćdziesiąt metrów za nami. Podbiegam do uchylonego okna, Konya? Tak, Konya. Znowu Jedziemy!

Hasan, sześćdziesięcioletni postawny mężczyzna wraca z Sivas, z wizyty u chorego ojca. Mówi tylko po turecku i niemiecku, więc tym razem sobie nie pogdamy. Po kilku minutach okazuje się, że z trudem ale coraz więcej wiemy o sobie. Kurwa, jak jest bieganie po niemiecku?!

My biegaliśmy maraton, you know, maraton. Salt Lake… Salt and peper! Salt Tu! Fersztejen?

Iś arbajt Alanya, White City Resort.

Możesz powtórzyć? Pracujesz w hotelu w Alanya? I teraz wracasz do pracy? Do Alanya?

Tu kończy się nasza przygoda z tureckim stopem. Hasan dowozi nas (robimy z nim 400 km!) na przedmieścia naszego miasta i przed dwudziestą meldujemy się w naszym hotelu.

Jesteśmy szczęśliwi, ale we mnie pozostaje niedosyt. To wszystko poszło za łatwo, jak byśmy działali według zaplanowanego algorytmu. Czy możemy wypowiadać się na temat autostopu w Turcji – zdecydowanie nie. Czy możemy polecić tę formę podróżowania? Zdecydowanie tak!