Chang Mai to stolica regionu i trzecie co do wielkości miasto Tajlandii. To także baza wypraw w pobliskie, graniczące z Birmą góry zamieszkane przez niesamowite plemiona i mniejszości narodowe.

Przed wyjazdem czytaliśmy o atrakcjach tego regionu. Popularne są przejażdżki na słoniach. Polecane wizyty w wioskach plemienia Padaung słynącego z kobiet o monstrualnie długich szyjach. Jednak dzięki kontaktowi z Polskim rezydentem w Tajlandii, Jackiem z chilitours.org odrzucamy to ludzkie, przygotowane pod turystów ZOO na rzecz spotkania z prawdziwymi ludźmi. Naszym celem stają się członkowie Plemienia Karen. To zamieszkujący wnętrze dżungli uchodźcy z nieodległej Birmy, uciekinierzy którzy na pograniczu Birmańsko – Tajskim próbują ułożyć sobie od nowa życie. W ich wiosce, wydawać by się mogło odciętej od reszty świata, spędziliśmy dwa dni. Zapamiętaliśmy ich jako niezwykle serdecznych i otwartych ludzi. I choć to wspomnienie do dziś wywołuje nasz uśmiech, to przykrywa go gorzka historia ich życia.

Karen People (Karenowie) – jak z dumą o sobie mówią – przybyli do Tajlandii uciekając przed represjami junty wojskowej, która na terenie Birmy (obecnie Mjanmy) stosowała na rdzennych terenach ich plemienia strategię spalonej ziemi. Od kilkudziesięciu lat wypędza się z Karen State ich poprzednich mieszkańców i zasiedla się odebrane im siłą miasta i wsie osadnikami birmańskimi.

Wioska, do której docieramy po ponad ośmiogodzinnym trekkingu liczy zaledwie czterdzieści domostw ale co nas zaskakuje znajdują się w niej dwa katolickie kościoły. W kraju do szpiku buddyjskim my trafiamy do wioski katolickiej. Niemniej ich wyznanie nie ma wiele wspólnego z katolicyzmem, który znamy z Polski. Dla nich religia jest bardziej identyfikacją, symbolem odróżniającym ich od otoczenia. Próżno pytać ich o papieża Jana Pawła II, czy też o obecnego Franciszka… niewiele o nich słyszeli. Oni wiedzą, że w domu Boga z krzyżem znajdą pomoc a ich dzieci naukę. Wiedzą też bardzo dobrze, że ich wiara jest dla nich jak piętno, które spycha ich na margines życia w Tajlandii.

Większość uciekinierów z Birmy przebywa bez żadnych praw w obozach na granicy. Ci, którym udało się osiąść w górach w wioskach podobnych do „naszej” są pod ścisłą kontrolą władz. Żyją więcej niż skromnie. W drewnianych domach zdających się pamiętać czasy sprzed stu lat. Uprawiają rolę i na nowo uczą się żyć z otaczającej ich dżungli – są drugim, czasem trzecim pokoleniem żyjącym w tym regionie.