Droga powrotna z wioski Plemienia Karen (o której pisaliśmy tutaj) do cywilizacja wiodła także dżunglą. Choć już taką trochę bardziej ucywilizowaną. Była nawet gruntowa droga! Po drodze spotkaliśmy dziko rosnącą kawę. Strzegły jej jadowite pająki, ale to nie powstrzymało nas od spróbowania jak smakuje dzika kawa.

Potem idąc wzdłuż strumienia przecinającego las dotarliśmy do wodospadu. Głośno szumiał. A kilkaset metrów dalej napotkaliśmy coś w rodzaju pensjonatu, z bambusowymi domkami, kolejnymi pająkami oraz dziewczyną, która się tym całym bałaganem zajmowała, ale nie mówiła w żadnym cywilizowanym języku – czyli po rosyjsku ani be, ani me… Domki też były wszystkie puste, ale udało nam się uwiecznić jak wyglądają od środka – gdyby ktoś z naszych czytelników aspirował do noclegu w środku dżungli zamiast na plażach Morza Andamańskiego 🙂

Potem poszliśmy dalej szukać dzikich słoni. Spotkaliśmy je dosłownie 10 minut później. Ale to już osobna opowieść…