Napisać, że start do Loch Ness Marathon w Szkocji położony jest malowniczo, to nic nie napisać. Położona około 4 kilometry na północ od południowego krańca jeziora Loch Ness, opodal Fort Augustus, linia startu gwarantuje wszystkim widoki, których zwykle nie widzi się każdego dnia. Ja takiego widoku nie widziałem od kilku dobrych lat…

Autokary zabierają uczestników maratonu z okolic mety usytuowanej w miejscowości Inverness – 42 kilometry dalej. Zbiórka jest dość wcześnie, o godzinie 7:00 rano, dojazd na miejsce zachodnim brzegiem jeziora zajmuje prawie setce autokarów ponad godzinę. Na starcie jesteśmy więc na około półtorej godziny przed wystrzałem startera. Jest czas na oglądanie i… porządne zmarznięcie. Wiatr wieje po górskich halach i okolicznych przełęczach, a my stoimy w około 6 stopniach C i czekamy w tłumie nie mając żadnych szans na znalezienie schronienia czy osłony. Okolica jest pusta, a pobliski lasek wycięty… Jednak nie marudzimy, podobno rok wcześniej jeszcze padał deszcz 🙂 Przezorni mają ze sobą lekkie kurtki przeciwdeszczowe, które zaraz po starcie wyrzucą na pobocze.

Trudy startu rekompensują przepiękne widoki zarówno na jezioro Loch Ness jak i okoliczne wzgórza. Do tego wschodzące słońce zalewa nas promieniami przebijającymi się przez ciężkie chmury. Poeta byłby zadowolony!

Kolejka do 30 przenośnych toalet jest długa na jakieś 2 kilometry. W pamięci mam zapis w regulaminie, że organizatorzy „stanowczo sprzeciwiają się załatwianiu potrzeb fizjologicznych przez uczestników maratonu na starcie bezpośrednio na faunę i florę„. Kurcze. Niemniej spora liczba biegaczy nie przejmuje się regulaminem, i wali gdzie popadnie. Co chwilę zza trawy wygląda goły tyłek. Wszystko na widoku, gdyż dookoła nieosłonięte turnie, i nawet nie bardzo jest jak zejść w krzaczki.

Na 15 minut przed startem drogą nadchodzi grupa „dudziarzy”. Nie wiem czy nazwać ich prawidłowo należy kapelą, zespołem? A może orkiestrą? Wolałbym nie narazić się żadnemu czytającemu te słowa Szkotowi (Szkotu?) Dudziarze nadają bojowego sznytu startowi i podnoszą wszystkim morale niczym rycerzom przed bitwą 300 lat temu! Potem skromny wystrzał startera i do dzieła. Ale o tym w osobnym materiale…

Ciekawostką jest, że organizatorzy maratonu nagłośnienie w miejscu startu przygotowują dużo wcześniej. Dzień przed biegiem przejeżdżaliśmy tą drogą objeżdżając Loch Ness dookoła, i kolumny były już na swoich miejscach, a do tego na cały regulator płoszyły okoliczne ptactwo serwując muzykę wszelakiego gatunku. Wyglądało to dość surrealistycznie zważywszy, że poza nami oraz dwoma terenowymi autami organizatorów nikogo innego w promieniu kilku kilometrów nie było 🙂

Gdyby ktoś chciał zobaczyć jak wygląda miejsce startu maratonu dzień przed – zapraszamy do poniższej galerii.