W 2014 roku odbył we Włoszech odbył się bieg pod hasłem upamiętnienia wszystkich 1052 żołnierzy II Korpusu Polskiego gen. Andersa, którzy oddali swoje życie zdobywając to mordercze wzgórze. Dziś czas na krótkie przypomnienie tego wydawałoby się „prehistorycznego” wydarzenia.

O biegu, który ma się odbyć w 70 rocznicę bitwy usłyszałem w listopadzie. Bez żadnych kalkulacji postanowiłem, że muszę tam być. Cassino to niewielkie miasteczko, leżące u stóp góry zwieńczonej monumentalnym klasztorem benedyktynów. Gdy przybyliśmy tu o 14:00 miasto zdawało się całkowicie wyludnione, poza placem w centrum, który z każdą chwilą staje się coraz bardziej czerwony od koszulek biegaczy, chcących tak jak ja upamiętnić bohaterów jednej z najcięższych bitew II wojny światowej.

Pierwszym wzruszającym momentem jest odbiór numeru startowego. Wzruszającym, ponieważ każdy biegacz z Polski na swoim numerze ma wydrukowane nazwisko i stopień wojskowy poległego żołnierza, z którym po siedemdziesięciu latach razem zdobędzie szczyt góry.

Pół godziny przed startem nad tą piękną okolice Apeninów nadciągają ciężkie, stalowe chmury, przynosząc nam ulewę i burzę. Wszystkie uliczki zaczynają płynąć wodą, a biegacze doszczętnie przemoczeni z niecierpliwością czekają na start. Niestety załamanie pogody nie pozwala na wspólne odśpiewanie „Czerwonych Maków” i niweczy trud organizatorów, którzy przygotowali dla każdego ulotkę z tekstem tej patriotycznej pieśni.

Tuż przed startem słuchamy hymnu Polski i z tysiąca gardeł polskich biegaczy wydobywają się słowa „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy”. Mazurek Dąbrowskiego zaśpiewany w takim miejscu nabiera dodatkowej wymowy. Z tłumu biegaczy wyróżniają się komandosi z Lublińca, którzy zamierzają przebyć cały dystans ubrani w mundury wojskowe.

Start do biegu zostaje przyspieszony o dwie minuty, żeby oszczędzić trochę stojących w deszczu biegaczy. Następuje wystrzał z pistoletu i ruszamy uliczkami miasta, w kierunku widniejącego w oddali wzniesienia. Klasztor na jego szczycie jest spowity mgłą i zdaje się sięgać nisko opuszczonych dziś chmur.

Trasa biegu wiedzie ostrymi zakosami cały czas do góry. Czerwony tłum biegaczy powoli rozciąga się, wspinając się w górę i w górę. Droga jest otwarta dla ruchu i co chwilę mijają nas autobusy pełne turystów, to raz zjeżdżające, to raz podjeżdżające.

Pogoda nie poprawia się i z każdą minutą jest coraz chłodniej. Niestety odnowiona kontuzja nie pozwala mi kontynuować biegu i kończę podchodząc od 3 km. Cały czas w głowie śpiewają mi się „Czerwone Maki” i każdą zwrotkę powtarzam po kilka razy.

Na szczyt Monte Cassino docieram po godzinie i dwudziestu minutach, jestem trochę zziębnięty i muszę szybko zmienić swoje plany odwiedzenia kwatery żołnierza, który towarzyszył mi na całej trasie biegu. Groby oddalone są o kilkaset metrów od mety, a ja mam problem z chodzeniem. Nie położę na jego grobie maków zebranych po drodze… Muszę tu wrócić.