Po wczorajszym wieczornym rekonesansie dzielnicy Thamel, dziś w końcu pierwszy kontakt z prawdziwym, codziennym Kathmandu. Nie tym dla turystów, nie tym pokolorowanym, lecz prawdziwym.

Ulice Kathmandu toną w betonowym pyle oraz wszelkich odcieniach szarości. Najbardziej rzucającą się cechą dla europejczyka to wrażenie braku zasad, praw, uporządkowania. Ruch niby lewostronny, ale strony mają dość dowolne znaczenie. Gdy jednak spędzi się chwilę, z tego bałaganu wyłania się pewien subtelny klimat, pewne niezdefiniowane może zasady, ale jednak zasady – prawidła, których stosowanie czuje się siódmym zmysłem.

Zwraca uwagę brak asfaltu w wielu miejscach, które wydają się głównymi drogami. Po tym jednak, gdy zobaczyliśmy jak wygląda asfalt, zaczęliśmy rozumieć, że dla uczestników dróg lepsze jest równe klepisko niż betonowa nawierzchnia pełna metrowych dziur i zapaści, które potrafią połknąć auto nieuważnego kierowcy.

Nie spotkaliśmy żadnego pirata drogowego, wszyscy dbają o siebie nawzajem, poruszając się żółwim tempem, jedynym możliwym w tych warunkach.

Po pierwszej fazie „fascynacji” i zauroczenia, mimo wspomnianego egzotycznego uroku, z każdym kolejnym dniem coraz bardziej nienawidziliśmy ulic Kathmandu. Wszechobecny kurz i wdzierający się do gardła pył, hałas i ciągłe trąbienie z każdej dosłownie strony coraz bardziej męczy podświadomość. Po czterech dniach przyłapaliśmy się na tym, że unikamy głównych ulic, i wolimy przemykać krętymi, bocznymi drogami. To, jak bardzo męczące jest przebywanie na co dzień w zgiełku Kathmandu uświadomiliśmy sobie dopiero wtedy, gdy opuściliśmy miasto. Cisza wręcz dzwoniła w uszach.

Ulicami porusza się wszystko jednocześnie – od pieszych począwszy, na pieszych załadowanych – czyli niosących niczym mrówki ogromne pakunki, po spiesznych rowerzystów, ryksiarzy, motorowców, motorowców siedzących po dwóch trzech a nawet czterech na jednym motorze, przez wózki pchane i ciągnięte, osły, krowy, psy, kury, taksówki, małe auta, średnie auta oraz busy. Całe szczęście nie ma Tirów.

Całe życie byłem przeciwnikiem wszelkich masek. Śmiałem się z Japończyków, którzy nawet w Polsce zakładali je na Starym Mieście w Warszawie. W Kathmandu życie zweryfikowało moje poglądy – maska lub choćby opaska na twarz jest obowiązkowa. Inaczej na drugi dzień będziecie pluć i smarkać piachem zmieszanym z Waszymi wydzielinami. Jeżeli właśnie zajadacie śniadanie czy kolację, to smacznego!