Tak to już jest w Azji. Idziesz sobie spokojnie zagubioną pomiędzy wioskami szutrową drogą. I nagle zanim się obejrzysz – okazuje się, że siedzisz pośrodku jakiejś lokalnej ceremonii. Ale jakiej? Nie mam pojęcia co to było…

To historia z tych, które lubimy najbardziej – czyli niespodziewanych. Maszerowaliśmy przez pola i wioski wracając pieszo z Naya Gaun do Kathmandu. Plan był taki, żeby tereny wiejskie pokonać pieszo ciesząc oczy widokami, a gdy dotrzemy do terenów zurbanizowanych zaczniemy rozglądać się za jakimś transportem do miasta. Po kilkunastu kilometrach weszliśmy do pierwszej miejscowości jaka stanęła na naszej drodze – Salambutar. Przekraczając tradycyjnie koszmarnie zaśmieconą rzekę oddzielającą miasteczko od pól usłyszeliśmy w oddali muzykę.

Kierując się „na dźwięk” doszliśmy wkrótce do małych zabudowań, w których odbywała się jakaś ceremonia. Mężczyźni siedzieli na obszernym ganku i muzykowali, a kobiety przyglądały się z osobnego budynku klaszcząc i słuchając. Usiadłem na schodkach, ale już po chwili mężczyźni gestami zaprosili mnie bym podszedł i usiadł w ich kręgu. Nie wypadało odmówić. Coś mnie tym razem powstrzymało od zrobienia nagrania z różnych ujęć. Cała Azja!