Są miejsca w które ze względów bezpieczeństwa nie zabierze Was żadne Biuro Podróży – by w nie wejść, trzeba przekroczyć swoistą strefę komfortu. Jednym z takich miejsc był położony na środkowoafrykańskim wybrzeżu Atlantyku port rybacki Tanji, do którego zabrali nas Piotrek i Mirek – nasi Polscy guru w Gambii.

Tanji to miejsce bardzo pierwotne, w którym biały człowiek wciąż jest intruzem. Każda próba filmowania czy zrobienia zdjęcia kończyła się awanturą i ostrymi protestami lokalsów. Łatwo dostać po mordzie, więc na każdym kroku trzeba uważać na to gdzie się wchodzi, co się robi i na co się patrzy.

To port rodem ze średniowiecza. Drewniane łodzie przybijają do brzegu na którym czeka tłum kupców i przekupek. Połów jest ładowany do wiader, taczek, skrzynek i natychmiast trafia do kamiennych, opalanych drewnem wędzarni. Dym wyciska łzy z oczu, ale pokusa by wejść do środka jest dla Nas silniejsza niż kiedykolwiek. Niestety za każdym razem byliśmy niemal natychmiast wyrzucani na zewnątrz. W tym miejscu na prawdę czuło się że nie jesteśmy mile widziani. Zresztą – jeżeli ktoś ma jakieś problemy z interpretacją odczuć, to krajowcy szybko i skutecznie pozbawią do złudzeń.