Być może to frazes, bo o wielu miastach można powiedzieć to samo. Jednak w przypadku Bejrutu kontrasty te widoczne są w sposób szczególny. To efekt wojny i bombardowań rakietowych, jakie to miasto przeżyło raptem 30 lat temu. W efekcie stare, XIX-wieczne pięknie odrestaurowane kamienice sąsiadują przez płot z nowoczesnymi, 100-metrowymi wieżowcami ze szkła.

Tam, gdzie Izraelskie rakiety dosięgnęły budynków, uprzątnięto gruzy a w miejsce zniszczeń pną się ku chmurom ekskluzywne biurowce, hotele, apartamentowce. Pomiędzy starym a nowym wciąż jednak spotkać można także miejsca, które pamiętają bombardowania. To liczne hotele i budynki, które do dziś nie doczekały się rozbiórki i krwawią ostrzelanymi elewacjami, wyrwanymi oknami, wysadzonymi parterami niczym bezzębne psy na śmietniku. To pamiątki po tak nieodległych wydarzeniach.

Ale nie tylko budynki stanowią o kontrastach. Z jednej strony super-nowoczesne samochody którymi młodzież ostentacyjnie przetacza się z wolna wieczorami obok restauracji, z drugiej strony – pickupy pełne wojska oraz bojowników Hezbollahu. Te pierwsze stojące na co drugim skrzyżowaniu, te drugie patrolujące nocą swoje rewiry.

Wystarczy rzut oka na ekskluzywną przystań jachtową by zacząć zastanawiać się jak to możliwe, że kraj który 30-lat temu został zrujnowany – nie posiadający przemysłu ani bogactw naturalnych – tak szybko stanął na nogi. Bejrut to jedno z droższych miast jakie odwiedziliśmy podczas naszych maratońskich wędrówek.