Na rejs dorzeczem Mekongu przeznaczyliśmy jeden dzień. Rzeka słynna z filmów wojennych o Wietnamie kojarzy się od zawsze z dziką dżunglą porastającą brzegi oraz ukrywającymi się wśród nich partyzantami. To jednak odległa historia. Dzisiejsze dorzecze królowej rzek Azji Południowo – Wschodniej to nade wszystko szlak żeglugowy i transportowy. Wielkie statki śródlądowe przemierzają jej bieg łącząc Chiny z Kambodżą, Tajlandią, Laosem i Wietnamem. Rejs Mekongiem nie jest już bajeczną przygodą sprzed lat lecz żmudną pracą. Dziś rzeka to arteria przemysłowa łącząca okoliczne kraje.

Dzikość można odnaleźć w licznych odnogach i dopływach, ale to dzikość tylko miejscowa, lokalna, często maskująca betonowe wioski i miasteczka, nabrzeża rozładunkowe, rampy i pochylnie. To także jeden z najbrudniejszych, najbardziej zasyfionych, śmierdzących, pozdrawiających turystów setkami tysięcy płynących z nurtem zawiązanych reklamówek ze śmieciami. Nikt nie chce, by jego śmieci utonęły pod domem, więc mieszkańcy swoje śmieci przed wyrzuceniem wiążą – niech płyną przez morza i oceany w foliowych workach…

Owszem, są atrakcje dla turystów – rejsy o wschodzie słońca, rejsy o zachodzie, rejsy do „targowiska na rzece”. Gdy jednak dopływamy okazuje się, że targowisko to pięć łódek tubylców, i dwadzieścia łódek turystów. Taki cyrk na wodzie. Oni udają, że pokazują swoje życie, my udajemy że w to wierzymy i dobrze się bawimy robiąc fotki.

Niestety taki Mekong zapamiętamy. Brudny, śmierdzący – jak większość rzek Azji. W dolnym biegu jest w nim tyle urody co na placu magazynowym pierwszej lepszej fabryki. Nawet ryba z Mekongu śmierdzi Mekongiem – czyli gumowym kapciem…