To będzie dobry dzień – pomyślałem, gdy tylko mózg rozpoczął pracę nagle wybudzony znaną melodyjką z telefonu.

Wyglądam przez okno i widzę jak nasza ulica, która nigdy nie zasypia, powoli odlicza minuty do startu kolejnego dnia, zapełniając się straganiarzami, sklepikarzami, barmanami, kelnerami, masażystkami i królowymi parkietów, które poprzedniej nocy nie miały na tyle szczęścia, by usidlić któregoś z pijanych turystów. 7:00 rano to idealna pora, by zacząć nasz idealny dzień.

Budzę Michała, który ze skwaszoną miną dźwiga swe ciało z ogromnego łóżka, szybki prysznic i pędzimy pochłonąć omleta z dwóch jaj, popijając mrożoną kawą i sokiem pomarańczowym.
To będzie dobry dzień!

Skuter wypożyczamy w naszym hotelu,, 30 złotych to niewiele jak za cały dzień nauki jazdy. Mina naszej recepcjonistki, na wieść, iż żaden z nas nigdy wcześniej nie prowadził takiego pojazdu, każe przypuszczać, że dwa kółka po niezbyt ruchliwej drodze wokół naszego hotelu może nie być wiarygodnym testem naszych umiejętności.

Zapinany kaski, delikatny szmer silnika z trudem przedziera się przez dźwięki tętniącej nowym życiem ulicy. Ruszamy. Miałem zrobić to powoli, delikatnie i z gracją modelki sunącej po wybiegu. Niestety niewprawną ręką zbyt mocno przekręcam manetkę i skuter wyrywa się w prężnym skoku, z trudem utrzymując nas na siodle.

Koordynaty na nasz cel wbite w nawigację, do przejechania 76 kilometrów i pierwszy zakręt jest w prawo! Łatwizna! To będzie dobry dzień.

Kurcze, dlaczego oni wszyscy chcą mnie zabić?! Czy to czerwony kolor naszego wehikułu wyzwala z nich tę agresję, czy może w mojej jeździe widać brak wprawy i oni widząc to urządzają mi, młodemu kotu wojskową falę. Jakimś sposobem dowiedzieli się, że jest to mój debiut i wszyscy, nawet ten gość jadący pod prąd, przed którymi musiałem uciekać na chodnik, trąbią na mnie niemiłosiernie, jakby oczekiwali, że to przyśpieszy moją lekcję jazdy.

Pięć kilometrów prosto, przejeżdżamy przez trzy ronda, pot zlewa mnie tak, że po chwili brakuje mi suchego fragmentu ubrania. Ręka Michała wbijająca się mocno w moje ramię daje mi otuchę i poczucie, że nie jestem w tym koszmarze osamotniony.

Powoli oswajam się ze stylem jazdy Wietnamczyków. Uczę się strategii pokonywania kolejnych zakrętów i i płynę w jednostajnym ruchu jak krew w aorcie. Czuję, że mój pasażer ma również coraz większe zaufanie do mojego stylu jazdy i zaczyna w pełni cieszyć się podróżą.

Za sześćset metrów skręć w lewo, słyszę komendę Michała. Czuję jakby ktoś walną mnie młotem w głowę. Jak to w lewo?! Ja W lewo nie umiem!! Kurwa mać! Przecież proste skręcanie w prawo jest dla mnie jak ułańska szarża naprzeciwko pędzącym czołgom. Jak mam to zrobić w lewo? Może da się to objechać w prawo? Licznik nad czerwonym światłem odlicza sekundy do mojej zagłady. Stoję w pierwszym rzędzie i nie bardzo mogę wziąć przykład z osób, które będą wykonywały ten sam manewr.

Skupienie. W głowie rysuję plan przejazdu. Muszę być przed tymi, ustąpić tamtym, starać się trochę wolniej pokonać drugą część łuku, dać się wyprzedzić, zrobić sobie poduszkę ochronną z osób, które będą jechały w tym samym kierunku. Nie ma miejsca na błąd! Zielone. Startujemy. Nic nie pamiętam. Głos Michała – trzy i pół kilometra prosto… Chyba się udało!

Ruch uliczny jakby trochę zelżał albo to ja już coraz sprawniej poruszam się w tym gąszczu pojazdów i ludzi. Dopiero co zaczynałem jako szeregowy, a w tej chwili to jestem już chyba jak kapral, coraz większe doświadczenie, pewniejsze ruchy, świadomość tego co mnie czeka i doskonałe opanowanie strategii przeciwników, którzy atakują mnie z każdej strony. Może nawet już sierżant? Tak sierżant zmotoryzowanych wojsk skuterskich!

Godzina jazdy za nami, z założonego dystansu ubyło ledwie 20 km. Jesteśmy tak spragnieni, że gdy tylko dostrzegamy młodą Wietnamkę, sprzedającą kawę mrożoną i sok z trzciny cukrowej, momentalnie postanawiamy zatrzymać się.

Humory nam dopisują, Michał znajduje swoje potwory i z zainteresowaniem przygląda się azjatyckim bogom i bożkom, budząc poruszenie wśród leniwie kołyszących się w swoich hamakach sprzedawców. Tym razem szybko mogą powrócić do przerwanych czynności, gdyż Michał po paru sekundach opuszcza ich sklep.

Od jakiegoś czasu poziom naszego bezpieczeństwa znacznie wzrósł, a to za sprawą specjalnie wydzielonego pasa do ruchu tylko dla skuterów, dodatkowo zabezpieczonego z lewej strony betonowymi barierami. Jest cudownie, wiatr chłodzi nasze rozpalone przedpołudniowym słońcem ciała… No tak to słońce tak naparza, że po całym dniu podróży bez kremu z filtrem będziemy mogli nakręcić „Spaleni słońcem 3”.

Ale to później, teraz tylko my, droga i nasza bestia. I ten autobus, który nagle postanowił skręcić, wykorzystując chwilowy brak barier, zajeżdżając mi drogę! Głośny jęk hamulców naszego skutera wcale nie pomaga w zatrzymaniu się przed stojącą przed nami przeszkodą! Z impetem walimy w zderzak zielonego autobusu numer 13, który właśnie postanowił kogoś wysadzić. Trzaskają pękające, plastikowe elementy Yamahy, a ja uderzam głową w tył autokaru. Na szczęście prędkość nie była zbyt duża, a ja miałem na głowie kask, więc nic się nie stało.

Zmartwieni oglądamy zniszczenia i po krótkiej ciszy… ze znawstwem w głosie stwierdzamy jednomyślnie – nic się nie stało, koła proste.

Michał, krzyczę do Michała – ten manometr od paliwa pokazuje jakby zero! Tak, jest zepsuty – odkrzykuje do mnie Michał. To samo pokazywał jak sprawdzałem poziom paliwa pod hotelem, a było pół baku. Michał – przekrzykuję ryk dwóch ścigających się ze sobą ciężarówek – coś jest nie tak, on jakby zaczął nierówno pracować!

– Dobra, to jak będzie trochę miejsca to zjedź, to go sprawdzimy!

SIC! Sprawdzimy? Przecież my możemy mu co najwyżej sprawdzić, czy ma powietrze w oponach! Do zaplanowanego miejsca już nie dojeżdżamy, gdyż szmer silnika nagle zamiera i zatrzymujemy się przy sklepie z rurami.

Dwóch starszych Wietnamczyków siedząc w kucki, w skupieniu przygląda się próbom odpalenia maszyny. Rzężenie rozrusznika tylko co jakiś czas przerywa ciszę, gdyż my również w ciszy staramy się rozwiązać problem. Po chwili jednak jeden z przyglądających się nie wytrzymuje i postanawia pomóc białym w ich kłopocie. Rozpoczyna się procedura sprawdzania wszystkich połączeń, kilkukrotne próby odpalenia kluczykiem, kilka prób odpalania skutera kopnięciami, po czym dostajemy polecenie otworzenia baku… i oczom wszystkich ukazał się pusty bak.
Szczęśliwie stacja benzynowa znajduje się zaledwie o 200 m stąd, więc po chwili wpychamy na podjazd pod dystrybutor nasz czerwony skuter.

Wyczuwalne jest między nami lekkie napięcie i poddenerwowania, które jednak z upływającymi kilometrami I zbliżaniem się do celu, wyraźnie słabnie. Cu Chi Tunnel Ben Duoc w dwójnasób wynagradzają nam cierpienie i trudy związane z podróżą. Jesteśmy szczęśliwi, że nie odpuściliśmy tego miejsca i mogliśmy na własne oczy zobaczyć tunele w których kryło się wojsko północno-wietnamskie walczące z Amerykanami.

Czy powrót do hotelu przebiegł już bez komplikacji? O tym dowiecie się z naszej książki, jeśli kiedykolwiek ją napiszemy!