Że nie wszystkie miejsca w Senegalu są piękne wiedzieliśmy już od kilku dni po tym, jak zwiedziliśmy stolicę kraju – Dakar. Myśleliśmy jednak, że gorzej niż w tamtejszej dzielnicy Medina już być nie może. Rzeczywistość szybko zweryfikowała ten pogląd, choć zaczęło się bardzo przyjemnie.

Po kilku dniach spędzonych w Dakarze przenieśliśmy się nieco na południe, do turystycznej miejscowości Sally gdzie rozegrany miał być nasz maraton. Poznani na ulicy Senegalscy przewodnicy zaproponowali nam wycieczkę do odległego o siedem kilometrów portu rybackiego Mbur. Odległość tę pokonać mieliśmy konnym wozem, co już samo w sobie stanowiło atrakcję.

Jechanie bryczką miało jeden plus – można było spokojnie zrobić kilka zdjęć lokalsom, którzy w normalnych okolicznościach reagowali na aparat fotograficzny bardzo agresywnie.

Czym bardziej zbliżaliśmy się do portu w Mbur tym robiło się brudniej, tłoczniej i mniej przyjemnie. Zaczęło także śmierdzieć – to najlepsza oznaka w Afryce że zbliżasz się do dużego skupiska ludności – odór rozkładających się ryb wisiał w powietrzu już na kilometr przed naszym celem. W końcu nasz przewodnik dał nam znać, że czas przestać afiszować się z kamerą, a aparat najlepiej schować.

Pieszo wkroczyliśmy do targowiska otaczającego port. Można było tu kupić wszystko – od patyków, przez plastikowe butelki, skórę węża, łeb małpy, mleko kozy czy podejrzanie wyglądającą trawę w małych torebeczkach. Potrzebna szczęka rekina? Proszę podać tylko rozmiar, zaraz się znajdzie. Zęby krokodyla? Afrodyzjaki? Przekąskę z kopyta dzikiej świni? Jest wszystko.

Uzbrojeni w trzech przewodników pilnujących nas, byśmy nie patrzyli gdzie nie trzeba, i nie wchodzili tam, gdzie nie powinniśmy się znaleźć, dotarliśmy do portu. W pierwszej chwili oniemieliśmy zaskoczeni widokiem nieprzebranego tłumu. Wśród zalegających stert śmieci oraz rynsztoku płynącego bezpośrednio do morza na plaży stały setki osób. Okazało się, że czekają na przybijających do brzegu rybaków by wprost z łodzi kupić i przeładować do misek, taczek, kartonów – wszystkiego co kto ma pod ręką – świeży połów.

Afryka to pod względem obyczajów zupełne przeciwieństwo Azji południowo – wschodniej. Tutaj robienie zdjęć czy filmowanie jest bardzo źle odbierane. Zrobić zdjęcie tłumowi z daleka można, ale pojedynczym osobom już nie. To samo dotyczy kamery – najlepiej więc, by kamera nie bardzo kamerę przypominała. Nie należy też kręcić z wysokości głowy bo to od razu rzuca się w oczy i powoduje protesty.

Wszędzie leżą zdechłe, gnijące ryby na których siedzą stada much. Podobno jednak Senegalczycy robią to specjalnie bo zgniła kilkudniowa ryba jest delikatniejsza i smaczniejsza. Nie możemy sobie tego wyobrazić i od tego momentu przestajemy jeść ryby w okolicznych barach. Dookoła otaczają nas także sterty pozostałości po różnych skorupiakach. Wśród tych szczątków chodzą dzieci i wybierają resztki muszki, z których wydłubują ślimaki. Ze śmieci rozpalają małe ogniska, pieką na nich te ślimaki i jedzą. Twierdzą, że to przysmak, ale po minie Sławka widzę, że jest to pierwsza rzecz w jego życiu której nie da rady zjeść.

Na swych drewnianych łodziach Senegalczycy wypływają w morze na połów. Nie uwierzycie, ale taki rejs trwa od dwóch do trzech tygodni. Ponieważ wody przybrzeżne są już w dużym stopniu przełowione płyną oni półtora tysiąca kilometrów na południe, aż do Wybrzeża Kości Słoniowej. Największe z łodzi warte są ponad milion złotych i zabierają na pokład kilkudziesięciu rybaków z zapasami jedzenia, wody i lodu do którego po złowieniu wrzucane są ryby.