A więc jedziemy. Pociągiem, który jest marzeniem każdego podróżnika. Wsiedliśmy w poniedziałkowe południe w Moskwie, by wysiąść w piątek rano w Irkucku. Taki plan – by dojechać na maraton po zamarzniętym Bajkale. Czterech facetów na ponad 70 godzin zamkniętych w 4-osobowych przedziale o powierzchni tak na oko 2 metrów kwadratowych.

Cztery łóżka (dwa górne, dwa dolne), okno i drzwi. Najbardziej brakuje nam półek na których można byłoby porozkładać podstawowe rzeczy. Ciasno i śmierdząco – zapaszek tym trudniejszy do zwalczenia, że w składzie pociągu nie ma prysznicy, a temperatura oscyluje pomiędzy 24 a 27 stopni. Słowem – czym zimniej za oknem tym bardziej grzeją wewnątrz…

Morale podnoszą jednak widoki. Gdy tylko minęliśmy Ural (niestety w nocy, więc nic nie zobaczyliśmy) za oknem zaczęła się słynna zima, Śnieg, śnieg i śnieg. Drzewo, za drzewem drzewo a za nim drzewo. Wszystko w śniegu. I te malutkie drewniane chałupinki składające się na wioski, które na początku wzięliśmy za domki letniskowe. Bo jak to tak – w takim małym mieszkać? A jednak. Czym mniejsza powierzchnia domu, tym łatwiej go ogrzać – to jedno z wielu realistycznych rozwiązań stosowanych przez Rosjan.

Mamy też Internet, wykupiony jeszcze w Moskwie. Ale działa tylko na stacjach kolejowych jak stajemy w jakimś mieście. I tylko tych miast z każdą chwilą coraz mniej. Na Syberii nie będzie ich już prawie wcale. Kolej transsyberyjska na najdłuższym odcinku ma 9200 kilometrów. My mamy prawie o połowę mniej, bo tylko 5300. Pociąg jedzie nieśpiesznie, ale punktualnie. Jeszcze trzy doby do celu…