Gambia dzieli się na dwie części – północną i południową. Żeby dostać się na położoną pośrodku rozdzielającej kraj na dwie części rzeki Gambii Kunta-Kinte Island czekała nas najpierw przeprawa promem na północny brzeg. Na rzece która ma tysiąc sto kilometrów długości nie ma żadnych mostów – cały ruch odbywa się bądź łodziami, bądź pamiętającymi jeszcze czasy kolonializmu starymi, zardzewiałymi promami. Sama przeprawa to temat na osobny film. Promy kursują jak chcą i kiedy chcą – a do tego są niemiłosiernie przeładowane. Nam się udało i przeprawa zajęła zaledwie 4 godziny.

Po zejściu na drugi brzeg kolejnym wyzwaniem było znalezienie transportu do odległej o nieco ponad 30 kilometrów wioski Albreda. To właśnie naprzeciw tej osady, pośrodku rzeki leży Kunta Kinteh Island. Choć odległość nie jest duża, to na jej pokonanie trzeba przeznaczyć ponad godzinę – wszystko ze względu na fakt, że drogi po tej stronie Gambii są wyłącznie gruntowe, często wręcz niknące w czerwonym afrykańskim piachu.

W końcu dojechaliśmy do Albredy. Wioska ma niecałe dwa tysiące mieszkańców i wraz z okolicznymi wyspami wpisana jest na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Kupujemy bilet do parku narodowego i pozostaje nam jeszcze wybrać załogę łodzi, która dostarczy nas na odległą o trzy kilometry od brzegu wyspę. Mimo że wioska żyje z turystyki, turystów jak na lekarstwo – poza nami nie spotkaliśmy nikogo. Za to co drugi mieszkaniec osady przedstawia się jako potomek słynnego niewolnika Kunta-Kinte. Nasz kapitan łodzi jakżeby inaczej – też zapewnia nas, że jest jego pra-pra-pra wnukiem.

I oto jesteśmy. Wyspa wyłania się z fal rzeki, o kilkanaście kilometrów od jej ujścia do oceanu. To stąd właśnie odpływały do obu Ameryk statki pełne czarnych niewolników z całego kontynentu. Ocenia się, że w ciągu dwustu lat na tej niewielkiej wyspie więziono i sprzedano dwa do trzech milionów niewolników.

Wyspa kiedyś była dwa razy większa, ale przez lata kolejne sztormy zmniejszyły ją do dzisiejszych rozmiarów. Jednorazowo przebywało tu ściśniętych wokół kamiennego fortu nawet kilka tysięcy niewolników. Ich gehenna zaczynała się już tutaj, zanim zostali załadowani na statki – na wyspie nie ma słodkiej wody, a ta z rzeki nie nadaje się do picia ze względu na zasolenie z nieodległego Oceanu Atlantyckiego.

Co ciekawe po wyspie niewolnicy mogli poruszać się swobodnie – z wyłączeniem oczywiście samego fortu. Tutaj nie było krat i ogrodzenia – ich funkcję pełniła sama rzeka. Każdy kto chciał, mógł spróbować szczęścia i podjąć próbę przepłynięcia na odległy o trzy kilometry brzeg. Udało się to zaledwie stu siedemdziesięciu niewolnikom. Tysiące utonęły w wartkim nurcie próbując w ten sposób odzyskać wolność. Setki tysięcy zmarły na statkach niewolniczych w drodze do Ameryki.

Wyspa ma też swój przedziwny, Polski akcent. W XVII wieku wyspę zasiedlili Łotysze z Księstwa Kurlandii, która była wtedy lennem Rzeczypospolitej. W 1651 roku Kurlandia ogłosiła wyspę swoją kolonią – więc formalnie było to przez kilka lat… terytorium Polski. Była to zależność formalna, mimo to prawdopodobnie przez krótki okres czasu była to jedyna kolonia w historii naszego kraju.