Plan był taki, żeby dojechać do Petry wczesnym rankiem przed tłumem turystów. Nie udało się. To dobrze, bo wszyscy turyści byli rano a my wchodząc koło południa mieliśmy całą Petrę prawie dla siebie.

Po przekroczeniu bramek kontrolnych ochrony trzeba przejść pieszo około kilometra, aż do początku wąwozu. To jest to bardzo nudny kilometr, i gdyby nie liczni naciągacze proponujące podwózkę „za darmo” różnymi bryczkami zapewne nudzilibyśmy się jak mopsy. Wiemy już od dawna, jak wyglądają darmowe „podwózki” w turystycznych regionach świata. Po kilkunastu minutach marszu docieramy do początku wąwozu As-Sik i wszystkie nasze smutki dnia wczorajszego pryskają jak bańka mydlana…

Po dwóch kilometrach wąwóz otwiera się na niezwykłą, mającą półtora kilometra długości skalną dolinę Petry. W oczy rzuca się majestatyczna świątynia Al-Chaza, zwana przez Beduinów „Skarbcem Faraona”. Nie ma do niej obecnie wstępu, ale tłum turystów u jej podnóża nie pozostawia wątpliwości – oto przed nami najsłynniejszy zabytek Petry.

Dolina prowadzi prosto, ale jej jęzory rozszerzają się na lewo i prawo. Dookoła pełno jest Jordańskich przewodników ubranych w najnowszy krzyk tutejszej mody – czyli umalowanych w stylu Johnnego Deepa z filmu „Piraci z Karaibów”. Dajemy się namówić młodemu chłopakowi na zaprowadzenie nas „tajną” ścieżką na szczyt okolicznych skał, z którego podobno rozpościera się wspaniały widok na dolinę.

Mocno się targujemy zbijając cenę o 70 procent. I Wy też tak zróbcie, nie dajcie się także namówić na sprowadzenie Was na dół – drogę powrotną znajdziecie już sami. Pomimo ceny warto się skusić na tę ścieżkę, bo widok rzeczywiście ze szczytów jest niezwykły. Jeżeli jesteście w męskim gronie, to możecie olać przewodników i skręcając w lewo odszukać ją sami. Ale jest to trasa dość wspinaczkowa i pozbawiona jakichkolwiek zabezpieczeń – więc absolutnie nie przeznaczona dla dzieci, nie dla emerytów i nie dla osób z lękiem przestrzeni.

Gdy już dotarliśmy na szczyt z którego roztacza się widok na Petrę, gdy nasyciliśmy wzrok, trzeba było schodzić. Ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy tak po prostu zeszli teraz w dół, grzecznie i po turystycznemu. Nam włączyło się penetrowanie dzikich ostępów – nie bacząc na węże, zatrute żaby oraz co okazało się jakiś czas dalej – wspinaczkowe kozy! Poszliśmy więc na przełaj zbadać okolicę 🙂

Po zejściu na dół musieliśmy jeszcze zwiedzić resztę tego imponującego kompleksu. Droga powrotna zajęła nam ponad godzinę – ale opłacało się – widoki wynagrodziły nam pot i pragnienie. Może miejsce przypomina Krupówki, bo rzeczywiście tutejsi Jordańczycy potrafią wycisnąć z turystów ostatni grosz, ale jest pięknie. Widoki, że aż chciałoby się malować obrazy. I co ważne, inaczej niż w cywilizowanych zabytkach – tutaj można wszędzie wejść, podeptać, powspinać, zajrzeć, popukać, postukać, i zjeść kolację bezpośrednio na zabytku. Czego oczywiście nie polecamy, bo nie należy tak czynić!

W czasach świetności od mniej więcej 3 wieku przed naszą erą to kamienne miasto zamieszkiwało nawet do 10 tysięcy ludzi, a w czasie największej prosperity nawet 30 tysięcy. Problemem ograniczającym jego dalszy rozwój był jednak brak wody którą trzeba było sprowadzać długimi na dziesiątki kilometrów wodociągów. Miasto narażone było także na częste trzęsienia ziemi, które regularnie je rujnowały w większym lub mniejszym stopniu. Były o tyle katastrofalne, że jako iż mieszkańcy mieszkali w grotach i kamiennych domach – każde trzęsienie zbierało krwawe żniwo.

Ostatecznie miasto podupadło po zdobyciu go przez Saladyna podczas Wojen Krzyżowych. Było wtedy już miastem chrześcijańskim i stanowiło przez wiele lat zadrę w arabskim imperium. Petra 7 lipca 2007 roku doczekała się wyróżnienia mianem jednego z nowych siedmiu cudów świata.

Najdalszy zakątek kompleksu to położony na południowym wschodzie doliny Monastyr Al. Deir oraz otaczający go malowniczy, położony wzdłuż wąskiej skalnej ścieżki arabski Suk, czyli targowisko. To ostatni z punktów odwiedzanych przez turystów, ale absolutnie wart dodatkowej drogi. Do Monastyru wiedzie kilometrowej długości ścieżka i kilkaset schodków. Tutaj także można skorzystać z pomocy osiołków, które dokonują wręcz cudów zręczności by nie zrzucić turystów i przenoszonych ładunków w przepaść. Coś jak konie wożące turystów nad Morskie Oko, tylko dużo, dużo gorzej…