W drodze do Estonii po około 9 godzinach dojeżdżamy do Rygi. Jest już północ a my zmęczeni podróżą z okien samochodu podziwiamy rozświetlone mosty nad szeroko rozlewającą się rzeką. Dougawa – gdy pierwszy raz słyszymy brzmi nieznajomo, jednak gdy podróżujący z nami Łotysz podaje rosyjską nazwę Dźwina, zwoje mózgów zaczynają rozpoznawać kontekst historyczno-geograficzny. Męczący dzień kończymy w hotelu, dopijając butelkę rumu, po czym padamy jak ścięci.

W Rydze na każdym kroku można znaleźć ślady architektury secesyjnej, niektóre zdewastowane budynki, pourywanymi gzymsami i płatami odłażącej farby błagają o renowację a inne znakomicie zachowane jakbyśmy cofnęli się do początku XX w. Ponoć za czasów Związku Radzieckiego ryska architektura odgrywała rolę miast zachodnioeuropejskich.

Szybki spacer po ryskim Starym Mieście doprowadza nas w pobliże kościoła Św. Piotra gdzie napotykamy rzeźbę, przypominającą pracę dyplomową Katarzyny Kozyry „Piramida zwierząt”. Dzięki wujkowi Googlowi sprawdzamy, że są to bohaterowie słynnej baśni Braci Grimm „Czterej muzykanci z Bremy”.

Im więcej uliczek przemierzamy, im bardziej poznajemy miasto tym bardziej naszą uwagę przykuwają wszędobylskie koty. Są wszędzie, na kubkach z kawą, na witrynach sklepów, plecione z wikliny, pluszowe, na każdym magnesie – to nie może być przypadek!

Popularna wyszukiwarka znów przychodzi nam z pomocą i śladami na mapie kierujemy się do „Domu Kotów”.

Wydaje się, że to dom jak dom, ładny, z dwoma prężącymi się na wieżyczkach jego dachu czarnymi kotami. Ale historia tych kotów już zwykła nie jest. Dom Kotów owiany jest legendą, która jest równie znana, co zabawna. Budynek został wzniesiony w 1909 roku według projektu Friedricha Scheffela, architekta, którego uważa się za jednego z ojców ryskiej secesji. Budowę zlecił bogaty kupiec Bloemer. Wściekły na członków Wielkiej Gildii za to, że nie chcieli go przyjąć w swoje szeregi, kazał na wieżach swojego budynku przytwierdzić rzeźby kotów. Kotów z podniesionym ogonem i odwróconych tyłem do okien budynku przewodniczącego miejskiej gildii. Wywołało to oczywiście ogromny skandal. Koty ostatecznie ustawiono tak, jak stoją po dziś dzień (czyli przekręcono „przodem” – ale spór między kupcem a gildią ciągnął się podobno aż do I wojny światowej.

Żegnamy Rygę z przeświadczeniem, że wkrótce tu wrócimy. Wszak maraton w tym kraju jeszcze przed nami.

PS. Żeby nie było, że nie przydarzyła nam się w Rydze żadna przygoda i tylko o kotach możemy opowiadać. Miasto było naszym punktem „noclegowym” na trasie do Tallinna. Dojechaliśmy dość późno, bo o 1 w nocy z hakiem. Na recepcji najpierw stwierdzono że już nas nie przyjmą, bo check-in trwa tylko do północy. Gdy w końcu udało się przekabacić zaspanego recepcjonistę ten dał nam klucze do pokoju na 4 piętrze (bez windy). Wchodzimy a tu jakaś rodzina zaskakująco twierdzi, że oni już tu mieszkają w tym pokoju i jesteśmy trzecią grupą dziś którą próbują tutaj zameldować 🙂

Dostaliśmy inny pokój. Na parterze, z oknem koło betoniarki. Że to betoniarka – dowiedzieliśmy się o 7 rano. Wiadomo jaki los jest betoniarek. Betonują!