Z ciężkim sercem siadam do tej opowieści. 27 lipca wystartowaliśmy w maratonie w Estonii. Jak się okazało na miejscu – zawiódł on całkowicie nasze nadzieje na kolejny fajny i ciekawy maraton. Choć w gruncie rzeczy mogliśmy się tego spodziewać choćby po jakości strony internetowej biegu. Ale zacznijmy od początku…

Maraton odbywał się sobotę, w niewielkiej wiosce ledwie zaznaczonej na mapach. Ktoś pomysłowy wymyślił, że wspólny start do wszystkich dystansów (maraton, półmaraton, 14 km i 7 km) odbędzie się w lipcu o godzinie… 11:00. Na miejscu okazało się także, że biegać będziemy na sześciu 7-kilometrowych pętlach, a opłata startowa to 40 Euro. Słono! Choć można było zgłosić się dużo wcześniej i zapłacić nieco mniej.

Miejsce zajmowane przez Biuro Zawodów okazało się bardzo malowniczym skansenem położonym nad krystalicznie czystą rzeczką. Istny cud, miód, palce lizać. Gdyby w takich okolicznościach przyrody przebiegał cały maraton, to pewnie byśmy wrócili zachwyceni. Niestety…

Niestety trasa okazała się jedną wielką porażką. Po starcie, mniej więcej 500 metrów dalej rozpoczynała się bura, wysypana grubym szutrem wiejska droga o długości 4 kilometrów. Niby biegła ona przez las, ale o cieniu można było tylko pomarzyć bo las odsunięty był od niej o kilkadziesiąt metrów. A więc non-stop piekące Słońce. Gdy kończyła się szutrówka zaczynał się wprawdzie las… ale raczej krzaki niż las.

Całą relację przeczytacie na łamach portalu MaratonyPolskie.PL