To miał być powrót trochę sentymentalny. W Chorwacji startowałem w nieorganizowanym już maratonie w Splicie w… 2006 roku. Czyli bardzo dawno temu. Tamten pamiętny start był moim pierwszym startem biegowym za granicą. Pierwszym, i dość traumatycznym. W końcu po ponad 13 latach postanowiłem zmierzyć się z tym krajem jeszcze raz.

Dlaczego start w 2006 roku był traumatyczny? To wielu osobom znana historia, ale mimo wszystko opowiem ją jeszcze raz. Ciekawych przygód nigdy za wiele…

W lutym 2006 roku Krzysiek Bartkiewicz „złapał” kontakt z organizatorem maratonu w Splicie, któremu zależało na tym, by na jego bieg przyjechali zawodnicy z zagranicy. To były jeszcze czasy, gdy za granicę jechało się startować właśnie na takie „zaproszenia”. Nie dość, że dostaliśmy za darmo pakiety startowe, to jeszcze otrzymaliśmy noclegi plus 400 euro na pokrycie kosztów paliwa. Zapakowaliśmy się więc w komplecie do auta i w połowie kwietnia przyjechaliśmy pobiec maraton w Splicie.

W Chorwacji w 2006 roku biegało chyba mniej osób niż w Polsce w 1989 roku. Na starcie maratonu było… 67 uczestników. Wystartowaliśmy o godzinie 9:00 rano, przy całkiem znośnej temperaturze około 22 stopni. W tak małej grupie trudno utrzymać spokojne tempo więc pierwszy kilometr pokonałem w czasie 4:15 i… byłem ostatni (!!!). Chorwaci i zagraniczni zaproszeni biegacze zdecydowanie śpieszyli się na metę i nie mieli czasu na rekreacyjne bieganie. Na tej ostatniej pozycji biegłem aż do 7 kilometra. Do dziś pamiętam ten łamiący psychikę obraz – ja na końcu stawki a za mną kawalkada samochodów na sygnale: Policja, Pogotowie, Straż Pożarna oraz ciągnący się po horyzont sznur pojazdów które blokowałem. Trauma na całe życie 🙂

Całą relację ze startu w Pula Marathon znajdziecie na stronie MaratonyPolskie.PL