Czy szatan zjada sałatę?

Chęć dotarcia do tajemniczych miejsc i poznania niezwykłych ludzi to siła, która wisi nad nami podczas każdej i jak denerwujący swoim bzyczeniem komar zmusza nas do działania. W irackim Kurdystanie byliśmy zaledwie kilka dni i musieliśmy ten czas wykorzystać maksymalnie intensywnie. Jak zwykle przed przyjazdem mieliśmy nakreślony wstępny plan podróży i lokalizacje, które chcielibyśmy odwiedzić ale sytuacja polityczna mocno go zweryfikowała.

Autonomia Kurdyjska jest tworem tak młodym i wątłym, że nie zaryzykujemy stwierdzenia, że ma szansę przerodzić się w samodzielny, niepodległy byt, czy też śladem swojej syryjskiej siostry zakończyć swój żywot, po kolejnym dealu światowych mocarstw. Kolejno z listy sporządzonej przez Michała spadały Kirkuk, rzeka Tygrys, Mosul oraz Niniwa, w której mieliśmy szukać śladów Wiszących ogrodów Semiramidy. Ostatecznie za namową naszego kurdyjskiego przewodnika zdecydowaliśmy się na podróż, na północny zachód, do świętego miasta Jazydów – Lalisz.

O Jazdydach większość z nas mogła usłyszeć śledząc doniesienia o kolejnych masakrach dokonywanych na nich przez dżihadystów z ISIS. To właśnie przedstawiciele tego zbrodniczego Kalifatu wzięli sobie za cel unicestwienie wyznawców Meleka Tausa. Bo to właśnie ten anioł został strącony przez Boga w piekielne czeluści, ponieważ wbrew boskim nakazom odmówił składania czci człowiekowi. Co więcej jego obraz i historia jest tożsama z koraniczną historią Iblisa czyli szatana. Dlatego też wśród wielu ortodoksyjnych muzułmanów są określani manem Pasterzy Diabła.

Jazydzi zamieszkują na terenie obecnego Iraku od wieków i to właśnie tam najczęściej są obiektem ataków. Kobiety zazwyczaj porywane są w charakterze niewolnic, których główną rolą jest danie potomka o idealnych rysach twarzy. Tu wypada wspomnieć o bardzo rygorystycznym prawie, które skazuje jazydki uprawiające sex z nieznajomymi na śmierć, poprzez ukamienowanie. To sprawia, że nawet po uwolnieniu z rąk oprawców ich trauma nie przemija i muszą dowodzić swojej niewinności przed przywódcami religijnymi. W obliczu tak wielkiej tragedii jaka je spotkała w tym roku nie tylko zostały oczyszczone z tych zarzutów ale też uczynione je świętymi.

Jedną z takich kobiet jest zeszłoroczna laureatka pokojowej nagrody Nobla, Nadia Murad. Porwana przez Daesh i wielokrotnie odsprzedawana, w końcu zbiegła z niewoli, by dać świadectwo okrucieństwa i stać się rzecznikiem Jazydów na świecie.

W chwili gdy docieramy do położonego u podnóża gór Lalisz, słońce skrywa się za zasłoną chmur, wiatr przycicha a wewnątrz naszej grupy zapada milczenie. Mijamy małe grupy odświętnie ubranych dzieci, ukradkiem rzucają spojrzenia na przejeżdżające obok nich auto. Wejścia do miasteczka chroni stary wąsaty żołnierz z jazydzkiej peszmergi, który widząc nas podchodzących w butach w jego stronę, kategorycznie każe nam pozbyć się obuwia.

Ten incydent przykuwa do nas uwagę strażnika, że przy kolejnej, bosej próbie przejścia, znów jesteśmy zatrzymani i musimy udowodnić, że jesteśmy godni dostąpić zaszczytu przebywania w tym miejscu. Na przeszkodzie by to ustalić stają trudności komunikacyjne, ponieważ stary wiarus nie rozmawia po angielsku. Z zaciętą miną wybił kolejne cyfry na swym telefonie, po czym przekazał go Pawłowi, który osobie po drugiej stronie linii przysięgał, że pod żadnym pozorem nie odwiedzimy miasta na „D”, co byłoby świętokradztwem.

Po tych zapewnieniach mijamy posterunek i asfaltową drogą, pod górę docieramy do dziedzińca świątyni. Nasze wychowane w chrześcijańskiej doktrynie mózgi od razu dostrzegają szatańskie ornamenty, rogaty kozi łeb wykuty w piaskowcu nad wejściem i czarnego, wijącego się węża, który zdaje się strzec drzwi do świętego miejsca.

Tylko chwila nieuwagi i można narazić się na gniew i potępienie ze strony „strażników progów”, którzy pilnie przyglądają się każdemu naszemu krokowi gdy próbujemy wejść do środka. Tu nie ma miejsca na niedomówienia, choć nie porozumiewamy się w tych samych językach, to bez trudu dociera do nas, że absolutnie nie wolno nam następować na kamienne progi.

W powietrzu unosi się zapach lamp oliwnych, które poza światłem, w miejscu gdzie stoją pozostawiają tłuste plamy i sadzę na sąsiadującej ścianie. Ale czarnych, smolistych śladów jest tu więcej, jak gdyby lampy nie tylko były wystrojem wnętrza ale też były stanowiły niezbędne wyposażenie osób uczestniczących w religijnych obrządkach. Osmolone mury i owinięte kolorowymi materiałami kolumny stanowią swoiste relikwie, całowane z namaszczeniem przez obserwowane przez nas jazydki. Podążając ich tropem krok po kroku, w ciszy przerywanej ich modlitewnymi zawołaniami docieramy do czarnego grobowca. Tu zaśpiew przechodzi w okrzyk, przypominający nawoływanie się Indian na podwórku z mojego dzieciństwa. W ciemnościach czarny sarkofag grobu Szejkha Adiego Ibn Musafira jest niemal niewidoczny.

To właśnie on w XII w z różnych wierzeń i rytuałów religijnych stworzył podstawy nowej wiary. Podstawy wiary zostały spisane w kilku księgach, które do dziś stanowią największą tajemnicę wiary, a jedna z nich „Czarna Księga” podważ filary trzech wielkich religii. Nie stoi to jednak na przeszkodzie aby Jazydzi, byli chrzczeni jak chrześcijanie, a chłopcy byli obrzezani jak Żydzi czy też muzułmanie.

Lista rygorystycznych zasad jest długa i zawiera min. zakaz ścinania włosów przez kobiety, nie wolno zawierać małżeństw w kwietniu ani pomiędzy przedstawicielami różnych kast (szejchów, pirsów i mridów), należy wystrzegać się jedzenia sałaty, dyni i gazeli oraz noszenia ubrań w świętym kolorze – granatowym.

Żadna z tych zasad nie wpłynęła na to w jaki sposób byliśmy przez nich przyjęci i nie przeszkodziła surowemu, z pozoru strażnikowi zaprosić nas na wspólny posiłek, gdy opuszczaliśmy już Lalisz.

Oddalamy się z tej małej, zacisznej wioski w poczuciu przeżycia czegoś wyjątkowego. Z ciężkimi myślami o losie tych skromnych ludzi, o podstawach wiary ich i naszych. O tym jak łatwo jest nami manipulować, byśmy swoją religijność przekłuli bezduszność, umiłowanie bliźniego na wrogość a fundamenty wiary zastępujemy fundamentalizmem.