Maraton w Kuwejcie to dobra propozycja dla tych, którzy… którzy są w Kuwejcie i mają ochotę pobiegać w Kuwejcie. Mega fajna, muzyczna oprawa na starcie – dźwięki największych światowych hitów w ciekawych nowoczesnych aranżacjach – a to wszystko w kraju, w którym nie ma ani jednej oficjalnej dyskoteki! I właśnie ze względu na ten klimat na mecie przymknę oko i nie będę narzekał, że start opóźniony o 20 minut 🙂

Tym razem na maraton pojechaliśmy we czterech, ale bez Sławka w składzie, który niestety z przyczyn służbowych musiał pozostać w Polsce. Michał Walczewski, Michał Zdunek, Grzegorz Kuczyński i nadzieja białych – Krzysztof Bartkiewicz. Paka idealna, i do powalczenia, i do pozwiedzania. Ale o tym… w kolejnych odcinkach.

Maraton rozgrywany był na pięciu pętlach, przy czym pierwsza miała 14 kilometrów długości i prowadziła malowniczymi terenami miasta, w tym arabskim sukiem czyli targowiskiem. Zapowiadał się mega klimat, ale niestety kolejne pętle, tym razem 7-kilometrowe, były już nudne niczym puszka sardynek. Trzy i pół kilometra naprzód, nawrót, trzy i pół kilometra naprzód, nawrót… i tak cztery razy. Przy drugiej małej pętli już się nawet nie chciało patrzeć na odległą o kilkadziesiąt metrów Zatokę Perską ani na dumnie wznoszące się Kuwait Towers, czyli imponujące wysokością trzy strzeliste wieże z których spoglądał na nas uważnie sam Szejk Szejków, czyli Sabah al-Ahmed al-Sabah.

Start do maratonu odbywał się wraz ze startem półmaratończyków. Po kilku minutach na trasę puszczano także uczestników biegu na 10 kilometrów, którzy musieli nas, wolnobiegaczy wyprzedzać „po ogrodzeniach”. Potem jeszcze wpakowaliśmy się w tłum uczestników biegu na 5 kilometrów (bardziej marszu niż biegu) – i tym razem to maratończycy musieli wyprzedzać opłotkami. Ale narzekać nie ma co, było wesoło, szczególny podziw dla kobiet biegnących w „pełnym rynsztunku” – zobaczcie sami na filmie.

Maraton stosunkowo drogi, startowe kosztowało 350 pln, choć przyznać muszę że zapisywaliśmy się na 2 tygodnie przed biegiem więc wcześniej może było taniej. Komunikacja z uczestnikami taka sobie, Biuro Zawodów czynne w środe i czwartek (maraton rozgrywany w sobotę rano) – ponieważ piątek jest dniem świątecznym, to biuro miało być nieczynne. Ale… ale organizatorzy drobnym, ukrytym druczkiem podali, że pakiety można odebrać w piątek w… McDolands. Tyle tylko, że to była ukryta informacja!

Technicznie maraton na 4/5, estetycznie na 5/5, zaopatrzenie punktów odżywczych 3/5. Do tego oczywiście pogoda, która może nie była rażąco gorąca (na starcie 22, na mecie jakieś 30 stopni), to jednak gdy Słońce wyszło zza chmur – piekło jak nie w Polsce. Ale po to startuje się za granicą, by było inaczej!

Polecamy tę imprezę tak na 3.5/5 – jak ktoś będzie w okolicy, lub ciekaw jest Kuwejtu bo było to jego marzenie z dzieciństwa – wtedy warto. I nie dajcie się nabrać tak jak ja linią mety, która jest zupełnie gdzieś indziej niż na mecie – nawet pomimo tego, że tablica z napisem 42 km była jakiś kilometr wcześniej. Jak mówi Kuwejckie przysłowie „Meta jest tam, gdzie ją Szejk chce mieć”. Królowa Brytyjska mogła wydłużyć dystans maratonu by zawodnicy finiszowali przed jej Pałacem, może i Szejk 🙂