Rzadko mam okazję uczestniczyć w biegach terenowych – głównie dlatego, że jestem biegaczem asfaltowym, a wszelkich off-roadów po prostu się boję. Gdy mam zbiec z równej drogi na jakieś korzenie, krzaki, nie daj boże – połączone z podbiegami – to ogarnia mnie przerażenie. Nie mam siły na podbiegach, nie umiem zbiegać, a na „krzywym” płaskim czuję się niepewnie. Jakby Bóg chciał żebyśmy biegali w dzikim terenie, dałby nam chwytny ogon!

Niemniej zmuszony sytuacją zgodziłem się na wyjazd do Republiki Zielonego Przylądka i start w Boavista Ultramarathon. Jedyne co udało mi się wynegocjować z moim partnerem biegowym Sławkiem Smolińskim to ograniczenie naszego udziału do najkrótszego dostępnego dystansu – czyli maratonu.

Prawdziwi biegacze mieli do wyboru dystanse 75 km lub 150 km. Ten ostatni dystans oferował trasę dookoła całej wyspy, ale dla nas „krótkasów” także przewidziano atrakcje z gatunku tych, których się jak wspomniałem powyżej – się boję. Mieliśmy więc asfaltu raptem na półtorakilometra a potem czekał nas już tylko czysty trail. Najpierw sześć kilometrów wydm porośniętych rzadkim lasem palmowym, potem widowiskowe siedem kilometrów wzdłuż nieco klifowego wybrzeża (oczywiście po piachu i coraz większych wydmach). Trochę odpocząć dał długi podbieg po skałach i kamieniach, obiegnięcie kilku wzniesień i… i pustynia zajmująca centralną część wyspy.

Po pokonaniu pustyni (momentami trochę na czworakach) zrobiło się przez chwilę miło, bo na naszej trasie czekały nas zagubione w czasie wioski i ich nieliczni mieszkańcy. A gdzie człowiek tam – wiadomo – jakieś mimo wszystko DROGI !!! I gdy wydawało się, że już nic trudnego na nas nie czeka zaczął się ostatni odcinek, czyli 8 kilometrowy bieg po plaży. Plaży, która miała tę specyfikę, że nie posiadała znanej wszystkim miłośnikom biegania wzdłuż Bałtyku przyjemnej strefy twardego piasku pomiędzy plażą a morzem. Tutaj albo biegło się po kolana w wodzie, albo po kostki w piachu. Każdy z tych wyborów doprowadzał mnie do płaczu 🙂

Moje obawy odnośnie udziału przed startem potęgowało przejrzenie wyników poprzednich edycji. Bywało, że złamanie 5 godzin wystarczało na pudło w open! To dawało wiele do myślenia…

Niemniej okazało się chyba, że tym razem Posejdon, Bóg Mórz panujący nad wszystkimi wyspami świata, był dla nas łaskawy. Pogoda nie dokuczała zbyt mocno, i pomimo palącego Słońca oraz limitu czasu wynoszącego 10 godzin udało mi się zawitać na metę w 5 godzin i 27 minut. Dało to 9 miejsce na 32-34 uczestników (nieoficjalnie – liczenie zawodników wciąż trwa). Najlepszy z Polaków Michał Zdunek zajął 5 miejsce z czasem 4 godziny 50 minut, a trzeci z nas – Sławek – wbiegł na metę zaraz za mną z wynikiem 5 godzin i 38 minut (10 miejsce).

Zapraszam Was na krótki, bardzo surowy film który pokazuje jak ogólnie wyglądała trasa zawodów. Na porządną, szczegółową relację musicie poczekać około 2 tygodnie, bo nie wracamy jeszcze do Polski tylko po „drodze” zahaczymy jeszcze o kolejną imprezę – rozgrywany na Azorach w dniach 5-8 grudnia Epic Trail Run Azores. Boje się go jeszcze bardziej, bo nasz dystans tym razem wyniesie 60 km – a do tego już pobiegamy z przewyższeniami.

Gdyby nie to, że nie lubię trailów, to polubiłbym takie imprezy 🙂